newsletter
Chcesz na bieżąco otrzymywać informacje o odbywających się projektach i nadchodzących wydarzeniach?
Prześlij nam swój adres mailowy.


zapisz wypisz

architektura


GRZEGORZ PIĄTEK

MŁODZI SĄ REALISTAMI - najnowsze zjawiska w architekturze polskiej

W czerwcu 2007 roku minęły w Polsce dwie ważne rocznice: piętnaście lat od uruchomienia pierwszej sieci telefonii komórkowej i piętnaście lat od otwarcia pierwszego McDonald’sa. Te dwa stosunkowo trywialne zdarzenia z 1992 roku stały się symptomami dwóch ważnych przełomów: wejścia w globalny obieg gospodarki i kultury masowej oraz akcesu do społeczeństwa informacyjnego.

W świecie architektury za młodego można uchodzić do czterdziestki. O ile łatwo wyobrazić sobie nastoletniego wirtuoza skrzypiec, genialnego szachistę lub programistę, nie mówiąc już o młodocianej gwieździe muzyki pop, o tyle architektura to wciąż rzemiosło oparte na długim terminowaniu, dojrzałości i odpowiedzialności. Architekci są w Polsce generacją, której całe życie zawodowe upłynęło w warunkach nie tylko swobodnych wyborów politycznych, ale również szybkiej lekcji wolnego rynku oraz łatwej wymiany idei i wzorców kulturowych. Ich dorobek jest bardzo różnorodny, tak jak różnorodna jest architektura naszych czasów w ogóle, nie tylko w Polsce; czasów, w których nie obowiązuje żaden konkretny kanon, a dowolność form jest bezprecedensowa. Jeśli coś łączy artystów tej generacji, to nie credo, lecz warunki, w których przyszło im dojrzewać do statusu „dorosłego” architekta. Warunki starcia między starym a nowym, wreszcie między lokalnym a globalnym, między idealizmem a siłami rynku, między przyzwyczajeniami a możliwościami nieograniczonego niemal repertuaru form, technologii i ideologii.

W pogoni za standardem

Jednym z podstawowych rysów polskiej rzeczywistości ostatnich osiemnastu lat jest gorączkowe nadrabianie zaległości i pogoń za światowymi standardami, które przez kilkadziesiąt lat niedoborów i odcięcia od Zachodu były szczytem marzeń. Dlatego właśnie poszukiwanie owej idealnej kosmopolitycznej formy w architekturze najlepiej oddaje marzenia ostatnich lat. W krajobrazie miast i przedmieść takie dążenie sygnalizują hale centrów handlowych i salonów samochodowych czy kształty neomodernistycznych bloków. Jednak także w architekturze mniej masowej pojawiają się budynki, które mogłyby powstawać z równym powodzeniem w Polsce, co w dowolnym mieście Europy Północnej. Jednymi z mistrzów tej estetyki jest biuro HS99 prowadzone przez Dariusza Hermana i Dariusza Śmierzewskiego w Koszalinie. Reprezentują oni grupę architektów, którzy wkraczali w życie zawodowe pod koniec lat dziewięćdziesiątych, kiedy ton nadawali jeszcze ojcowie high-techu: Foster, Grimshaw i Rogers, japońscy minimaliści, a na Polskę silnie promieniowała neomodernistyczna architektura nowej-starej stolicy Niemiec – Berlina. Łatwo dostrzec te wpływy patrząc na takie projekty jak: minimalistyczna krypta przy katedrze w Koszalinie (1998), obojętne na kontekst stalowo-szklane pudełko redakcji lokalnej gazety „Głos Pomorski” (1998), czy czekający wciąż na realizację projekt Biblioteki Uniwersyteckiej w Katowicach (2002).

Podobnym tropem podążają architekci z Katowic: Tomasz Studniarek i Małgorzata Pilinkiewicz, którzy kończą swój pierwszy duży budynek publiczny – siedzibę Sądu Okręgowego w Katowicach (I nagroda w konkursie, 2003). Jej oszklony front ze smukłym betonowym portykiem jest jakby żywcem wyjęty z architektury rządowej Berlina lat dziewięćdziesiątych.

Do zbliżonych wzorców nawiązuje też gmach Wydziału Prawa, Ekonomii i Administracji Uniwersytetu Wrocławskiego (2002) autorstwa Zbigniewa Maćkowa – architekta, który w ciągu kilku lat zbudował jedną z największych pracowni we Wrocławiu, zatrudniającą dziś około 50 projektantów. Od tamtego czasu przeszedł też ewolucję stylistyczną, ale nadal operuje międzynarodowym językiem form, o czym świadczy choćby realizowany właśnie porywający projekt modernizacji i rozbudowy domu towarowego „Renoma”.

W konserwatywnym Krakowie nurt „internacjonalistyczny” najsilniej reprezentuje Biuro Projektowe Lewicki & Łatak, które za płaskie dachy, białe elewacje i poziome okna zbiera regularnie cięgi od lokalnej prasy, zarzucającej im dogmatyzm i ignorowanie kontekstu. Najwięcej (niesłusznej) krytyki spadło na nich za Hotel pod Wawelem (2007), wybudowany u stóp narodowego symbolu – królewskiego zamku i katedry na wzgórzu wawelskim.

Nowi lokalni

Oprócz opisanych wcześniej tendencji istnieje także ruch skierowany w swych działaniach w przeciwną stronę – akcentujący lokalną specyfikę, ale w zupełnie nowy, przewrotny sposób. Jesienią 2007 roku do wyborów parlamentarnych po raz pierwszy poszli osiemnastolatkowie, którzy nie tylko nie pamiętają komunizmu, dla których wolny rynek i swobodne podróżowanie po Europie jest normalnością. Również najmłodsi architekci, wychowani już w Polsce tanich lotów i Skype’a, są pozbawieni kompleksów związanych ze swoim pochodzeniem, które tak ograniczały ich rodziców czy nawet starsze rodzeństwo. Dla najmłodszej generacji globalny standard jest normalnością, tym bardziej ciekawi i dumni są więc z tego, co różni ich od rówieśników w innych krajach. Pełnymi garściami czerpią z lokalnego folkloru, z pogardzanej przez starszych kultury materialnej komunistycznej Polski.

Manifestem takiej postawy jest projekt pawilonu polskiego na Expo 2010 w Szanghaju. Zwycięzcy konkursu rozstrzygniętego w grudniu 2007 – Wojciech Kakowski, Marcin Mostafa i Natalia Paszkowska zaproponowali bryłę przykrytą ażurową powłoką wzorowaną na ludowych wycinankach i przypominającą zsuwający się obrus. Wizytówka Polski na Dalekim Wschodzie nie będzie więc, jak bywało w poprzednich latach, próbą dowiedzenia, że Polak umiem zrobić coś tak samo jak się to robi na zachodzie, ale będzie demonstracją odrębności.

Podobne wyzwanie rzucili Agnieszka Szultk i Piotr Nawara z krakowskiej pracowni nsMoonStudio, autorzy luksusowego domu, którego dekonstruktywistyczna bryła w całości pokryta jest gontem. Gont – drewniana dachówka – to archaiczna technologia, niegdyś powszechnie stosowana w Polsce i północnej Europie do krycia dachów (w Zakopanem znajduje się największy na świecie – 4000 metrów kwadratowych – dach kryty tym materiałem). W krakowskim domu drewniane klepeczki porastają ściany i dach niczym szorstka sierść. Z biegiem czasu, gdy pokryje go mech czy naturalna patyna, efekt będzie jeszcze bardziej organiczny. Charakterystyczna forma i konsekwentne, nowoczesne zastosowanie archaicznego materiału przyczyniły się do dużego sukcesu „domu z gontu”. W 2006 roku uznany został za jedną z 20 ikon współczesnej polskiej architektury.

Podobnych przełomów dokonują architekci ze Śląska – przemysłowego regionu, który w latach powojennych przeżył okres gwałtownej rozbudowy. Dziś, w erze deindustrializacji, przejścia od gospodarki przemysłowej do usługowej, architektura Śląska to miliony metrów sześciennych niepotrzebnych fabryk i znienawidzonych bloków. Jeszcze kilka lat temu były one powodem do wstydu. Dla młodszego pokolenia betonowe dziedzictwo jest jednak oczywistym elementem krajobrazu i punktem wyjścia do dalszych poszukiwań. Najbardziej spójne podejście zaprezentowała w 2002 roku Aleksandra Grzonka-Grabowska w swym projekcie dyplomowym, zakładającym przekształcenie terenów kopalni w swoim rodzinnym mieście, Jastrzębiu-Zdroju, w campus uniwersytecki. Zamiast zacierać ślady górniczej przeszłości zaproponowała pełną adaptację monumentalnych żelbetowych struktur do nowych celów. Projekt ten pozostaje do dziś na papierze, ale Grzonka-Grabowska już jako architekta praktykujaca stosuje wymyślone na studiach rozwiązania w mniejszej skali – pod szyldem autorskiej pracowni Cechownia (nazwa pochodzi od jednego z budynków kopalni). We wnętrzach restauracji Piwnica zaprojektowała okładzinę ściany z brył węgla kamiennego, potraktowanego tu z pietyzmem godnym granitu czy trawertynu, a w projekcie biur dla firmy Capek wyeksponowała piękną żelbetową konstrukcję adaptowanego budynku poprzemysłowego.

Z kolei architekt z gliwickiej pracowni medusa group, Przemo Łukasik udowodnił, że w kopalni można nawet zamieszkać. Zaadaptował na dom dla siebie i swojej rodziny wyniesiony na wysokich żelbetowych słupach betonowy pawilon lampiarni, stojący na terenie Zakładów Górniczo-Hutniczych Orzeł Biały w Bytomiu. Tak w 2003 roku powstał Bolko_Loft – wtedy kuriozum, dziś już ikona współczesnej polskiej architektury. Interwencja nowego lokatora była minimalna. Ściany wewnętrzne wypiaskował i pomalował, a sufit oczyścił do surowego betonu. Do wnętrza wprowadził mieszaninę designerskich obiektów i wyposażenia z marketu budowlanego. Przemysłowy rodowód podkreślają garażowe lampy, poprowadzone na wierzchu kable czy instalacja wodna. Najlepiej podsumują to słowa autora: Nie z czerwonej cegły, lecz z szarego betonu, nie wyszukany w formie, lecz banalny, nie piękny, ale brzydki, nie fałszywy, ale szczery. Taki jest mój loft.

Ikoną oraz celem wycieczek stają się też domy autorstwa śląskiej pracowni KWK Promes, która latem 2007 zaliczona została przez magazyn Wallpaper do grona „101 Most Exciting New Architects in the World”. Od kilku lat architekci bawią się konwencją „polskiej kostki” – ubogą modernistyczna formą domków jednorodzinnych, których kształt był wynikiem dziwacznych norm budowlanych oraz niedoborów technologicznych i ekonomicznych socjalistycznej gospodarki. Kostki rozpowszechniły się w Polsce w latach 70.i 80. Często pokraczne i nie mające nic wspólnego z kontekstem, uważane są powszechnie za jedną z największych zbrodni popełnionych na polskim krajobrazie. Architekci z KWK Promes (Rober Konieczny i Marlena Wolnik) uznali je jednak za zjawisko na tyle powszechne i znajome, że będące już nieodłącznym składnikiem polskiej specyfiki, najnaturalniejszy punkt odniesienia dla ludzi budujących dziś. Kostka była dla nich inspiracją przy projektowaniu zarówno małych domków – jak Dom z Kapsułą (2005), a także wystawnych rezydencji – jak Dom z Ziemi Śląskiej (2002) czy Dom Aatrialny (2007). W budowanych obecnie domach Promes szukają już jednak zupełnie nowych, bezprecedensowych i abstrakcyjnych form.

Sztuka – sumienie architektury

Polska gospodarka pędzi do przodu w tempie 6 procent rocznie, cały kraj jest do zbudowania, przebudowania, zmodernizowania. Nic dziwnego, że polscy architekci mało dywagują, mało dyskutują, a architektury krytycznej, próbującej powiedzieć coś ważnego o naszym świecie lub zmienić go na lepsze jest niewiele – nie tylko w masowej produkcji architektonicznej, ale i wśród tej z najwyższej półki, trafiającej do czasopism i na wystawy, nagradzanej i komentowanej. Poszukiwania odbywają się głównie na poziomie formalnym czy funkcjonalnym, w sferze stosunku do kontekstu czy historii, pozbawione są komentarza społecznego czy zaangażowania ekologicznego. Struktura demograficzna się zmienia, coraz więcej jest ludzi starszych i jednoosobowych gospodarstw domowych, a architektura mieszkaniowa wciąż powstaje z myślą o tradycyjnej rodzinie 2+2. W ostatnich dziesięciu latach można doliczyć się tylko dwóch projektów domów dla singla. Pierwszy to neomodernistyczny budynek autorstwa duetu Pilinkiewicz i Studniarek stojący w Bytomiu (1999), a drugi to pozostający wciąż na papierze koncept prefabrykowanego domku poznańskiej pracowni Front Architects (2007). Single Hauz to wolnostojące mieszkanie uniesione na jednej nóżce, które można ustawić w dowolnym punkcie. Jego rozmiary odpowiadają standardowym billboardom, dzięki czemu mieszkaniec może czerpać zyski ze swojego domku jako powierzchni reklamowej.
Gdy milczy architektura, jej sumieniem stają się sztuki piękne. W całym kraju pod naporem kapitału znikają wartościowe budynki z przeszłości, przede wszystkim dzieła powojennego modernizmu. Architekci bardzo rzadko potrafią okazać solidarność w takich sytuacjach. Większym refleksem wykazują się wtedy artyści, jak Monika Sosnowska, która w pawilonie polskim na Biennale Sztuki w Wenecji w 2007 roku wystawiła sztuczną ruinę stalowej konstrukcji modernistycznego budynku (www.labiennale.art.pl). Z kolei Paulina Ołowska zdecydowała się w 2005 roku przeznaczyć grant przyznany jej na twórczość artystyczną nie na wykonanie autorskiego dzieła, ale remont nieczynnej neonowej reklamy ulicznej z lat sześćdziesiątych. Na milczenie architektów w kwestii ekologii czy problemów współczesnego miasta odpowiada rzeźbiarz-wizjoner Jarosław Kozakiewicz, autor koncepcji Wieży Miłości – wertykalnego parku w formie wieżowca, czy Transferu – utopijnego projektu dla Warszawy, którym reprezentował Polskę na Biennale Architektury w Wenecji w 2006 roku.

Nie jest to oczywiście pełny obraz młodej polskiej architektury, a jedynie subiektywny wybór kilku ważnych zjawisk i postaci. Wielcy nieobecni to przede wszystkim ci, którzy gotują się do skoku, a swój talent szlifują w wielkich polskich pracowniach i u światowych gwiazd. Jakkolwiek duży jest ich kreatywny wkład w dokonania starych mistrzów, trudno prezentować ich dotychczasowe dokonania jako w pełni własne, autorskie. Ale to właśnie oni za kilka lat nadadzą ton architekturze kraju, który od kilkunastu lat jest under construction.